środa, 15 marca 2017

XI. Niejasność nocy

Gdzieś uciekło wszystko, co moje. To, co charakteryzowało mnie jako obecną Eidori i przywracało na miejsce tą sprzed lat – tą, którą zawsze przy nim byłam i nie chciałam dłużej być. Taką, jaką mnie znał. Słabą jak wtedy i teraz zarazem. Bo to tak jakby powiew wiatru, towarzyszący jego wyjątkowo zimnej aurze, wywiał ze mnie resztki tego, co udało mi się zbudować przez ostatnie lata.
Stałam przed nim zupełnie inna niż dotychczas i czułam, że w pewnym sensie zaskoczyłam go tym zachowaniem. Strachem widocznym jak na dłoni i pokorą na twarzy. Tym, że jego nagłe najście wydało mi się być aktem na tyle zdeterminowanym, by uświadomić mi, że te wszystkie żarty i lekceważenia jego mienia dobiegły końca.
Stał w bezruchu, wlepiając we mnie swój pusty wzrok. Więcej z jego sylwetki nie widziałam, bo wszystko nikło w bezkresnej czerni i tylko jego oczy świeciły w moją stronę, napawając mnie gorzkim uczuciem niepewności i pewnego rodzaju strachem. Tak, bałam się go w tej chwili jak nigdy wcześniej, bo stał tam, przyszedł tu celowo, a w tym cholernym spojrzeniu widziałam zaciętość, której widocznie nie dane mi było zobaczyć nigdy wcześniej. Czy to kiedy ratował mnie ze wszelkich opresji czy po prostu przychodził porozmawiać. Kiedy zwodził mnie czy okłamywał. Ponieważ teraz mianem jego łgarstw określałam wszystko, co dotychczas od niego słyszałam. Czy było to dawno, czy zaledwie kilka godzin temu.
W tym wyrazie pełnym żałosności wykrzywiłam twarz niby z bólu, niby z nienawiści, nie wiedząc tak naprawdę, co teraz mną kieruje. I jakby na domiar kłębiących się we mnie przeciwieństw, jedyne czego teraz chciałam to trwać w tym stanie, w którym jeszcze nic się nie wydarzyło, mimo że teoretycznie wszystko było już z góry przesądzone.
Bo oszukiwał mnie. Bezustannie mnie oszukiwał, nie wzbudzając nawet podejrzeń, że to, co dotychczas udało mi się osiągnąć, tak naprawdę mieściło się w granicach jego planu i odbyłam jedynie wyrysowaną przez niego wcześniej ścieżkę. Zwiódł mnie i pozwolił uciec, wiedząc, że tak naprawdę zostałam z niczym, oprócz swojej słabej egzystencji, którą, kiedy tylko zechce, będzie mógł przygnieść swoją siłą. I zapragnął właśnie teraz i przyszedł mi to zabrać. Oszczędzając wcześniej, zaprowadził jak owieczkę na swoją rzeź.
Postawił krok do przodu, a ja wręcz przeciwnie. Moja stopa zachwiała się i mimowolnie wycofała.
– Poprawiłaś się.
Ironia. Kpina. Choć jego ton tego nie zdradzał, nie ufałam już niczemu, co zwodziło mnie dotychczas w ten sposób. I zacięcie wierzyłam, że zwodzi mnie dalej. Pociąga za sznurki, bym grała mu tak jak on chce. A ja nie chciałam, więc nie robiłam nic, by przypadkiem nie wykonać tego ruchu, który zaplanował. By nie dać mu żadnej satysfakcji
– Starasz się mnie pokrzepić? – zapytałam, spoglądając na niego spod byka. Zbliżył się kolejnymi krokami podczas których bacznie obserwowałam jego sylwetkę i każdy jej ruch. Starałam się nieco unaturalnić swoje ruchy, choć nie kucnęłam nawet, by na sekundę nie stracić gardy i sięgnąć po plecak.
– Dlaczego miałbym to robić? – odpowiedział mi tym samym. – Wydajesz się być wystarczająco silna, by nie potrzebować tego typu schlebień.
Wypowiedział to łagodnie, tak cholernie naturalnie i prawdziwie. Tak, jakby nigdy nie kłamał, bo nie potrafił kłamać. Zamykając usta z cichym cmoknięciem, wpatrywał się bezustannie w moim kierunku.
– Po co ci to gadanie, Uchiha, hm? Twoja opinia najmniej mnie obchodzi – po czym ostentacyjnie sięgnęłam za pas, będąc w stanie otrzeźwieć niczym oblana zimną wodą.
A on ani drgnął. Nie mrugnął nawet powiekami, kiedy znowu zaczął swoim typowo spokojnym, opanowanym głosem.
– Stwierdzam fakty, a to jeden z nich.
– Ale po co to wszystko? Zakładam, że masz z kim pogadać – przerwałam, kiedy ten nieznacznie uniósł wzrok zaciekawiony. Jego brew delikatnie zadrżała. – Czemu więc obierasz sobie mnie, która jako ostatnia osoba na tym świecie mam na to ochotę.
– Nie jestem tu tylko po to, by z tobą rozmawiać.
– Więc weź to, po co przyszedłeś – prawą ręką sięgnęłam do pasa, pochwyciłam w dłonie kunai i zacisnęłam palce na trzonku broni.
– I nadal nie po to, by z tobą walczyć – dodał lekceważąco, przyciskając do siebie rąbek czarnego płaszcza.
Nie mogłam już wytrzymać. Jak nigdy dotąd miałam dosyć jego opanowania i tego, że ciężko wyprowadzić go z równowagi. Że trudno zdenerwować czy sprowokować. Wszystkie te myśli skumulowały się do wyszeptanego, przeciągłego jęku, które, w pewnym sensie, mogłoby ujść też za formę błagania.
– Zawalcz ze mną, Itachi…
– Nie. Nie mam ku temu powodu.
– Masz. Od kilka lat czyham na twoje życie i pragnę ci je odebrać. Jestem twoim zagrożeniem – wymamrotałam, wypowiadając słowa spokojnie. Tak, jakbym uczyła go życiowych rad. Jak gdybym była matką i opowiadała dziecku bajkę z morałem na końcu. – To nie wystarcza?
– Tylko w pewnym sensie. Jestem w stanie się przed tym bronić, a sam nie mam powodu, by atakować.
Z reguły każdy, każdy człowiek powiedziałby, że najlepszą obroną jest atak. Że nie powoli sobie na taką zniewagę. Oko za oko, ząb za ząb. Ale akurat nie on. Wypadałoby jednak przypomnieć sobie, że klasyfikował się do osób o nieco zaostrzonych standardach.
Męczyło mnie to. Prowokowanie, proszenie, zmuszanie, silenie się w ten sposób. Zazwyczaj ludzie nie byli aż tak trudni, aż tak skomplikowani – wystarczyło poszczuć ich niczym dzikie zwierzę widłami. Na niego albo nie działało nic albo coś, o czym on sam nawet nie wiedział.
Dlatego też wyssana z sił psychicznych i zwyczajnie wyszeptałam tylko:
– Dlaczego, Itachi?
– Bo nie jesteśmy wrogami.
Wyrecytował dosadnie. Przeliterował to zdanie, bym pojęła, jak dziecko, jak ktoś, kto nie rozumie i ślepo upiera się przy swoim. Sęk w tym, że jego aktywowane Sharignany nie świadczył o tym w żadnym calu. Nie śmiałam twierdzić, że to w obawie o swoje życie, na które czaiłam się jak wariatka, ale wyobrażanie tego, jak bardzo w jego oczach musiałam uchodzić na nieprzewidywalną, wydało mi się nawet zabawne. Nim jednak odpowiedziałam mu jakkolwiek, czy to to gestem czy czynem, zdążył zgromić mnie swoim nienawistnym wzorkiem, po czym sekwencją kilku kroków, znalazł się tuż obok mnie.
– Nie znaczy to jednak, że w moich oczach za niego nie uchodzisz – powiedziałam, prostując się szybko i mierząc go wzrokiem, jak gdybym miała zaatakować bez ostrzeżenia.
– To nie leży w moim interesie.
– Dlaczego mam to w wierzyć?
– Nie rozmawiałbym z żadnym z nich.
Prychnęłam. Nic z tego, co właśnie się działo, nie wpisywało się pod schemat nacechowania czymś logicznym, zrozumiałym. Rozluźniłam się, przywierając sobie dłoń do czoła i kiwnęłam nią na boki kilkukrotnie. Mimo to, nie potrafiłam unieść kącików ust do góry, choć miałam wrażenie, że w środku pękam ze śmiechu. Zbyt absurdalne, zbyt chore było to wszystko. Na zewnątrz mnie, jak i wewnątrz zarazem. Zbyt duże nagromadzenie rzeczy z pieczątką wysokiego przekroczenia poza skalę normy.
– Też tego nie rozumiem. Tak samo jak twoich niezapowiedzianych najść. Dlaczego tak się czaisz? – dodałam z ironią, na którą mój głos się zdecydował. Opuściłam wzrok na ziemię. Czarne kępki trawy na ciemnej, czarnej w nocy ziemi. Nie było widać nic.
– Wszystkiego się dowiesz – odparł spokojnie, podchodząc sekwencją kroków, którą zbliżył się na odpowiednią odległość, by rzucić coś. A ja, dość przerażona i na ten czyn nieprzygotowana, nie zrobiłam nic. Stałam jak słup soli, do momentu, kiedy to zlepek kilku kartek zawiniętych w rulon opadł tępo na ziemię. Musiało wyglądać co najmniej komicznie, jednakże nie dla mnie, dla której to śmiech był w tej chwili ostatnią rzeczą, na która miałam ochotę, ani też jemu, któremu do śmiechu daleko było zawsze.
– Co to jest? – zapytałam.
Coś, co ci się przyda.
– Nie wezmę tego, dopóki nie powiesz mi, co to.
To zwój należący do Wioski Skały. Miał być przekazany Hokage przez klony, które przed chwilą jeszcze tu były w celu negocjacji ich oryginałów.
– To znaczy, że ci shinobi zostali porwani przez Skałę?
– Jakiś czas temu. Myślę jednak, że w przypadku, kiedy zabiłaś ninja Skały, ich los jest raczej przesądzony. Tak czy inaczej, w woli formalności, powinnaś przekazać to Hokage.
Przeszedł mnie dreszcz – poczucia winy i zażenowania własną porywczością. Żałosnym pokazem sił, którym chciałam prawdopodobnie instynktownie wywrzeć wrażenie i pokazać, co potrafię. Udowodnić. Zaistnieć przed kimś, kto zarazem był w moich oczach nikim. Zdobyć uznanie kogoś, na kim ani mi nie zależało ani nawet nie szanowałam. Zupełnie jak dziecko.
Za wszelką cenę jednak starałam się mu pokazać zmiany i postępy, jakie wyrobiłam sobie przez ten czas.  W jakiś dziwny sposób liczyłam się z jego opinią i liczyłam na drobne uznanie z jego strony, by może bał się mnie przez ułamek sekundy, tak jak ja bałam się go, jego czynów i przeszłości przez cały ten czas?
Nie zmieniało to jednak faktu, że czułam się z tym coraz bardziej dziecinnie. Tym bardziej, że swoim jednorazowym występkiem właśnie przelałam szalę na życiu dwóch moich pobratymców. Czułam się winowajcą.
Ukryłam to jednak w głębokiej zadumie z posągowym wyrazem twarzy i oczami wbitymi w punkt na ziemi. Po chwili jednak nieznacznie uniosłam brew i spojrzałam na niego celowo podejrzliwie.
– A jaki ty masz w tym interes, Itachi? Czemu jakimś dziwnym trafem pomagasz mi i całej Konosze zarazem?
– Wioska Skały jest dość niesłowna, więc naszym zadaniem jest dołożenie się do tego, by uprzykrzyć im ewentualnie sprawy.
Obserwował, jak badam go wzrokiem niepewnie i wyczekująco, tak jakbym czekała, aż ktoś bądź też coś upewni mnie w tym, że mówi prawdę. Stał więc spokojnie, nie mrugnąwszy nawet powiekami i odwzajemniał wzrok, bardziej stonowany i poważny.
Musiałam być więc zwyczajnie ostrożna. Ścisnęłam zwój w dłoni mocno, po czym schowałam go za pas, nie przerywając trwającej ciągłości wzajemnego wbijania w siebie wzroku. Doszłam do wniosku, że gdyby na celu miał zabicie mnie, nie potrzebowałby do tego podstępu.
– Jesteście aż tak mściwi? 
Raczej słowni. Układ to układ, a oni nadużyli zaufania. 
I akurat ty musiałeś przynieść to mi?
– Takie otrzymałem zadanie. 
Westchnęłam pod nosem niesłyszalnie. Równocześnie też obróciłam się wokół własnej osi  i zamierzałam oddalić. Jednak on bezszelestnie podrzucił mi drugi zwój. Używając sprawnego refleksu, udało mi się go złapać, choć chyba zwyczajnie bałam się, że to nie zwój, a coś innego leci w moją stronę, kiedy tylko odwracam się do niego plecami.
A to?
Zwój.
Przecież widzę. Nie strugaj ze mnie kre…
Kolejny. Dla Hokage.
Ale on nadal ewidentnie to robił.
To żart?
Nie – wyparował. – Lepiej je zabierz, Eidori.
Uśmiechnęłam się cynicznie pod nosem, nie powstrzymując nadchodzącej salwy szczerego śmiechu. Zakryłam usta dłonią i patrzyłam na jego fałszywą, cholernie irytującą, poważną twarz, którą mierzył mnie teraz, chyba udając, że nie wie, co robię. Wypuściłam z dłoni zwój, najpierw jeden, po chwili drugi, które sturlały się po jej wewnętrznej stronie wprost w gąszcz wysokiej trawy, odwracając się i łapiąc w palce pasek plecaka. On znowu zniknął w otulającym go tłumie wrzeszczących kruków, a mi tak mało brakowało, by uwierzyć mu znowu.



Ja wiem, że ten rozdział to kolejna kpina, ale poza tym, że już kiedyś wspomniałam, że jego długość zawsze będzie zależała od akcji, jaką chcę zawrzeć, to dodatkowo leży tak nietknięty całkiem długo, więc uznałam, że czas najwyższy dodać i zobaczyć, co dalej. Problem w tym, że brakuje mi jakiegoś pałera na tę historię i choć nie chcę, tooooo chyba spróbuję z inną, zawieszając tego bloga. Będzie Itachi, Eidori, Mei, będzie nawet Shisui i w sumie też o wiele więcej kanonicznych postaci, a zupełnie inny świat, bo zauważyłam, że o współczesnym pisze mi się lepiej. Z tym, że nie do końca współczesny, a trochę zmieniony. Tak tylko mówię, bo boję się batów za ten rozdział, więc się usprawiedliwiam XD Męczy mnie trochę uwzględnianie innych wątków, których tutaj będzie całkiem sporo, bo muszę uwzględniać co się dzieje w Wiosce, co tu, co tam i nie mogę przez to skupić na relacji Itasia i mojej oc'oszki, a przecież trochę mocno o to w tym chodzi. Przysiądę jeszcze na pewno do kolejnego rozdziału i zobaczę, jak mi pójdzie, nie mniej jednak szanse na powstanie kolejnego bloga rosną wraz z postępem pisania Unseen Moonlight, bo zwyczajnie kiedy skończę choć jednego bloga, na stóweczkę będę odczuwała potrzebę założenia kolejnego. A założyć go mam z zamiarem pisania jak armatka, gdzie, mam nadzieję, akcja będzie żywsza, ciekawsza i jakoś zwarciej napisana. 
Będę mówić co i jak na fanpejoszku zapewne albo tu sobie zrobię panel boczny. 
A i jeszcze: wzięłam się któregoś razu za korekty poprzednich rozdziałów again i poprawiam je wedle zmian wizji Eidori w swojej bani - zrobiłam jej nawet podsumowującą zakładkę, możecie tam czytnąć, myślę, że zrozumiecie, o co mi chodzi. 
 Buziaczkiiiiii